04.07.2013

Jodi Picoult "Bez mojej zgody"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Jodi Picoult
Tytuł: Bez mojej zgody
Tytuł oryginału: My sister's keeper
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Michał Juszkiewicz
Cena: 32 zł
Liczba stron: 528

Kiedy walka o dobro dziecka staje się przyczyną nieszczęścia innych...

Spłodzenie i narodziny dziecka - to brzmi dumnie. A przynajmniej tak brzmieć powinno. Cóż bowiem może być piękniejszego na świecie, jaki większy zaszczyt od stworzenia nowego życia może spotkać dwójkę darzących się miłością ludzi? Niestety, nie taki scenariusz napisało życie dla Anny Fitzgerald. I nie chodzi o to, że pochodzi z patologicznej rodziny, że jej ojcem jest pierwszy-lepszy, pewnie nawet nie wiadomo dokładnie, kto. Nie mówimy tu też o dziecku nieplanowanym, bowiem... Anna jak najbardziej planowana była. Wręcz zaprojektowana. Nie poczęła się w sposób naturalny, jak większość ludzi na tym świecie - została poczęta metodą in-vitro. Jej istnienie miało też, od samego momentu poczęcia, określony cel. Cel szlachetny, ale, jak dowiemy się, czytając Bez mojej zgody, z czasem uciążliwy dla samej dziewczynki. Miała ona być zgodna genetycznie ze swoją starszą siostrą, u której we wczesnym dzieciństwie lekarze wykryli bardzo rzadką - i równie ciężką - odmianę białaczki. Z początku chodziło o jeden prosty zabieg. Los jednak chciał inaczej - potrzeby Kate ciągle rosły. Oznaczało to, że jej młodsza siostra, mimo cieszenia się dobrym zdrowiem, prowadziła styl życia, który bardziej pasuje do osoby obłożnie chorej. To ona, kiedy tylko stan Kate się pogarszał, jeździła do szpitali, była poddawana ciągłym zabiegom. Nie mogła żyć normalnie, jak każda dziewczynka w jej wieku - bo w każdej chwili jej siostra mogła umrzeć, a ona mogła temu zapobiec. Główną bohaterkę poznajemy, kiedy ma dokładnie 13 lat. Poznajemy ją w chwili, kiedy podejmuje decyzję, która na zawsze odmieni stosunki panujące w jej rodzinie. Zmęczona ciągłym ratowaniem rodzeństwa postanawia podjąć krok, desperacki krok, dla jednych będący może wyrazem młodzieńczego, powszechnego przecież wśród dzieci w jej wieku buntu, ale będący tak naprawdę wyrokiem śmierci dla Kate...

Jak wiele jest w stanie zrobić rodzic dla swojego dziecka? Czy, żeby ratować jego zdrowie i życie, może on posunąć się do dosłownie wszystkiego - nawet do zaprojektowania kolejnego potomstwa tak, by mogło pomóc w osiągnięciu celu? Wreszcie - czy wypada, czy można buntować się przeciw tak szlachetnej życiowej roli, jaką jest ratowanie krewnego? Na te wszystkie pytania stara się odpowiedzieć Jodi Picoult.

Nie będę ukrywała - książka do najłatwiejszych zdecydowanie nie należy i nie mówię tak przez wzgląd na to, że, czytając, zetkniemy się z wieloma terminami z dziedziny medycyny.

Trudny jest sam wątek główny - ciężka choroba, obawa o dziecko, jego życie, trwanie w niepewności, czy uda się je uratować, gorączkowe próby dokonania tego.

Tu nie ma nic śmiesznego, nic lekkiego - więc jeżeli chcecie się rozerwać przy lekturze, wybierzcie inną. Wybierzcie inną, bo ta przepełniona jest smutkiem. Smutkiem pochodzącym od rodziców, którym przytrafiła się jedna z największych tragedii, która może się przytrafić po urodzeniu dziecka - jego choroba. Smutkiem samej chorej dziewczynki. Smutkiem jej siostry, która, mimo kochania rodzeństwa, dość ma bycia na ciągłych usługach, wreszcie - smutkiem Jessego, brata nastolatek - właściwie niezauważanego przez rodziców, pomijanego.

Na kolejnych kartach powieści poznamy punkt widzenia, odczucia, myśli każdej z tych osób. Będziemy mogli się wczuć w ich sytuację, spróbować poczuć, jak to jest. Przekonamy się też, co o tym wszystkim sądzą dodatkowe postaci, takie jak Campbell - nie zdradzę, kim jest, musicie sami się o tym przekonać.

Pamiętam, że kiedyś przyszła mi do głowy pewna myśl, spostrzeżenie - że Anna Fitzgerald to współczesna Antygona. Nadal tak twierdzę. Pamiętacie, jak to było? Antygona stanęła przed wyborem tragicznym: albo pochowa brata, zgodnie z tym, jak każe jej religia, ale tym samym znieważy wolę Kreona, albo podporządkuje się, ale do końca życia będą ją męczyły wyrzuty sumienia. Jedna sprawa, dwa wybory, żaden nie jest do końca dobry, każdy ma minusy, każdy ciągnie za sobą szereg konsekwencji, niemiłych konsekwencji. W Bez mojej zgody mamy niemal to samo - bohaterka albo się zgodzi na ciągłe pomaganie chorej, co uniemożliwi jej normalne funkcjonowanie, jakiego pragnie każdy żyjący człowiek, albo postawi się woli rodziców, co z kolei najpewniej przyczyni się do śmierci ukochanej siostry. Tu także są dwa wyjścia, a że żadne nie jest dobre, nie muszę chyba wspominać. Co jest w tym wszystkim najgorsze? Że ta historia może przenieść się do naszego życia, możemy sami paść ofiarą niesprawiedliwości losu i zmagać się z tymi trudnościami, które mogą przerosnąć nasze siły...

Emocje towarzyszące czytaniu są tak duże, że ja - osoba generalnie niepłacząca przy książce, choćby nie wiem, jak była smutna - oczy miałam wilgotne niemal cały czas. Pękłam szczególnie przy zakończeniu, którego się nie spodziewałam i którego nie spodziewał się chyba nikt, kto miał tę pozycję w ręku.

Nie chcę tu teraz wydawać jednoznacznej opinii, co próbowało wielu zrobić - czy Sara i Brian Fitzgeraldowie postępowali przez cały czas odpowiednio, odpowiedzialnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu ludzi, którzy usłyszą, przeczytają o przypadku małżeństwa, które zdecydowało się zaprojektować dziecko po to, by ratować kolejne, będą oburzeni. Będą twierdzili, że jak tak można. Że we wszystkim, nawet w dbaniu o potomstwo, są granice. I ja też byłam oburzona, i też twierdziłam, że trzeba umieć przestrzegać tych wyznaczonych granic. Właściwie - nadal tak sądzę. Ale, jednocześnie, nie jestem w stanie sobie wyobrazić kochającego rodzica, który spokojnie stoi i patrzy, jak jego dziecko odchodzi w bólach, rodzica, który nie robi wszystkiego, co w jego mocy, by choć trochę poprawić byt latorośli. Jedyne, co na pewno i słusznie można zarzucić Sarze i Brianowi to niezauważanie, że mają jeszcze jedno dziecko, Jessego. Jessego, któremu również było ciężko żyć z brzemieniem choroby siostry, a który musiał radzić sobie z tym sam, tak jakby był dorosłym, odpowiedzialnym za siebie mężczyzną, a nie dopiero dorastającym chłopcem...

Na koniec - moja ocena w formie gwiazdek. Bez mojej zgody dostaje...
Pięć gwiazdek - pozycja rewelacyjna, godna uwagi, warta spędzonego nad nią czasu!

6 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawa recenzja napisana w dobrym stylu, podoba mi się jak piszesz. Także czytałam tę książkę. Uważam, że to jedna z najlepszych jakie przeczytałam. Trudna, a zarazem interesująca historia, genialnie napisana przez Jodi. Nie uroniłam łzy przy czytaniu, ale pomimo to książka mnie niesamowicie poruszyła, a zakończenie mnie dosłownie zamurowało. Po przeczytaniu tej książki siedziałam przez pół godziny i otrząsałam się z szoku oraz rozmyślałam nad tą powieścią. Nie pamiętam, aby wcześniej jakaś książka wywołała we mnie tyle emocji i refleksji. Czytałam ją dwa razy i być może jeszcze do niej wrócę. To jest książka, którą trzeba przeczytać.

    Pozdrawiam;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo i zapraszam ponownie! :)

      Usuń
  2. Troszkę dłuuuuugo. Ale bardzo solidnie opisane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak właśnie miało być ;) Dziękuję za opinię.

      Usuń
  3. Ciekawa recenzja ;-) W tej książce najbardziej mi się podoba przedstawienie tego zagadnienia widzianej od każdej strony uwikłanej w rodzinny dramat.

    Zapraszam także do naszej recenzji ;-)
    http://moznaprzeczytac.pl/bez-mojej-zgody-jodi-picoult/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dokładnie; ten sam problem rozpatrzony z różnych perspektyw to jeden z największych plusów tej powieści.
      Z Waszą recenzją już lecę się zapoznać ;)

      Usuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.