31.12.2013

Agatha Christie "Zło czai się wszędzie"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Agatha Christie
Tytuł: Zło czai się wszędzie
Tytuł oryginału: Evil under the Sun
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Tłumaczenie: Tadeusz Jan Dehnel
Cena: 14,99 zł
Liczba stron: 215

Zabójstwo pięknej kobiety...

Wydawać by się mogło, że Wyspa Przemytników jest miejscem spokojnym, idealnym na spędzenie leniwych wakacji. Jednak kiedy ginie piękna aktorka, wszystkie złudzenia idą w niepamięć. Nieoceniony detektyw, Herkules Poirot, który akurat wypoczywa w hotelu na Wyspie, znów musi okazać swój geniusz i wytropić mordercę...

Co może popchnąć człowieka do zabicia urodziwej niewiasty?

Zło czai się wszędzie to druga - zaraz po Nocy w bibliotece - powieść Christie, którą przeczytałam po długim okresie, kiedy to kryminały zarzuciłam w ogóle. A już na pewno nie pamiętam, kiedy ostatni raz czytałam coś z Poirotem. Dawno temu. Rok chyba. Albo i więcej. Nieważne.

W każdym razie, jest to mój ulubiony bohater wykreowany przez tę autorkę. Mały, ale sprytny, a jego działania zawsze prowadzą do celu. Dlatego tak bardzo się cieszyłam, kiedy uświadomiłam sobie, że to on odkryje mordercę w tej pozycji.

Niestety, w samej książce czegoś mi brakowało. Nie jestem w stanie powiedzieć do końca, czego. Wiem tylko, że na początku miałam poczucie, że akcja toczy się okropnie wolno, stanowczo ZBYT wolno dla mnie. A i niektóre postaci samym swoim jestestwem wywoływały we mnie negatywne odczucia - a to zdarza mi się rzadko, choć z drugiej strony - może to i dobrze, że miałam takie odczucia? Może to jest jakiś wyznacznik tego, że tytuł mnie poruszył?

Na szczęście dwie rzeczy pozostały niezmienne, jak to u Christie bywa. Po pierwsze, czytało się bardzo szybko i chętnie. Sama zaczęłam lekturę wczoraj, przeczytałam 27 stron, a dziś od rana pochłaniałam resztę.

Po drugie - poczułam się zmuszona do ruszenia głową. Próbowałam wytypować mordercę, rozpatrywałam wszelkie motywy wraz z Herkulesem. O, właśnie wpadła mi do głowy kolejna rzecz, która pozostała niezmieniona - ponownie nie udało mi się odgadnąć, jakie będzie zakończenie i byłam nim szczerze zaskoczona. Nie wiem, jak ta kobieta wpadała na takie pomysły, ale szczerze jej zazdroszczę wyobraźni. 

Jeżeli czytacie mnie regularnie, sami dobrze wiecie, że ja o samym wydaniu książki piszę mało kiedy, zazwyczaj skupiam się na fabule i moich odczuciach. Tutaj jednak muszę napisać, że ponownie, tak jak w przypadku Biblioteki umarłych (o której pisałam w tej notce), jestem przerażona stanem pozycji. Nie chodzi o brzydką okładkę, nie chodzi o to, że znów na siłę spolszczyli imię autorki. W treści aż roiło się od literówek, źle postawionych przecinków. Momentami można było zauważyć, że w miejsce słów, które powinny były się w tekście znaleźć, pojawiały się inne, na skutek literówek właśnie, co częściowo lub całościowo odbierało sens zdaniom. Zastanawiam się, od czego są korektorzy w wydawnictwach? Ewentualnie, czy wyniki ich pracy są kontrolowane? Czy ktoś taki jak korektor w ogóle PRACUJE w tym wydawnictwie? Niestety, miałam wątpliwości. Tolerancyjna jestem, przymknąć oko na błędy potrafię również, ale jeżeli jest ich dużo... wkurzam się, tak po prostu się wkurzam. 

Myślę, że nagadałam się dosyć, tak więc co do gwiazdek...
Dzisiaj trzy. Za rozwleczony początek - mimo że uporałam się z nim szybko. Za kilku bohaterów, których naprawdę nie mogłam ścierpieć. A przede wszystkim - za te wszystkie błędy, których nie powinno być!

29.12.2013

Valerie Tasso "Dziennik nimfomanki"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Valerie Tasso
Tytuł: Dziennik nimfomanki
Tytuł oryginału: Diario de una ninfómana
Wydawnictwo: Amber
Tłumaczenie: Barbara Kitlińska i Ewa Ratajczyk 
Cena: 37,80 zł
Liczba stron: 301

Kiedy życiem rządzi uzależnienie...

Val jest dwudziestodziewięcioletnią kobietą. Pochodzi z dobrego domu. Jest wykształcona. Ma przyjaciół, pracę. Perspektywa jej kariery również wygląda obiecująco. Jednakże nie to wszystko jest sensem życia głównej bohaterki Dziennika nimfomanki. Bo istotą jej żywota jest seks. Swoje potrzeby zaspokaja w licznych przygodach, nawet z nieznajomymi. Dzięki temu czuje, że żyje. Nie myśli o życiu takim, o jakim marzy większość kobiet: o kochającym mężczyźnie u boku, o gromadce dzieci. Jednak pewnego dnia spotyka człowieka, w którym się zakochuje. Niestety, zbyt późno orientuje się, że ulokowała uczucia w prawdziwym potworze...

O tej głośnej autobiografii słyszał chyba każdy z nas. Jeżeli nie czytaliście książki, to pewnie wielu z Was oglądnęło film, prawda?

Osobiście zrobiłam wyjątek od reguły i najpierw obejrzałam film, a potem sięgnęłam po ten hiszpańskojęzyczny bestseller. To z kolei spowodowało, że kiedy zabierałam się do czytania, spodziewałam się czego innego. Jednak bardzo miło się rozczarowałam.

Mam wrażenie, że twórca filmu skupił się bardziej na ukazaniu życia erotycznego Val. Sama zainteresowana jednak w swoim dzienniku chciała - według mnie - powiedzieć nam, czytelnikom, jak ciężko jest zawalczyć o normalne życie, zwłaszcza jeżeli wdepnęło się w bagno, jakim jest toksyczny związek i kiedy rządzi nami uzależnienie.

Wiele razy słyszałam: tego czytać nie warto, to jest słabe, wydasz niepotrzebnie pieniądze, stracisz czas. Nikt nie potrafił sensownie uargumentować swojego zdania. Dorobiłam sobie więc teorię, że może książka jest wulgarna, że może oprócz scen erotycznych, opisanych prostackim językiem, nie zawiera w sobie nic, a jeżeli jednak coś, to nie jest to warte uwagi. Ale, niespodzianka: nic takiego nie zauważyłam. Owszem, opisy przygód łóżkowych są, i to nawet powiedziałabym, że dość liczne. Języka, jakim zostały opisane, nie nazwałabym mimo wszystko przesadzonym. Za to urzekła mnie historia tego trudnego związku. Lubię czytać o takich ciężkich przeżyciach, pozwala mi się to zastanowić: a co ja bym zrobiła na miejscu tej osoby? Poza tym, cenię sobie pozycje, w których aż emocje się wylewają. I tutaj, według mnie, to następuje.

Kolejnym plusem podmiotu dzisiejszego wpisu jest to, że przedstawione nam wydarzenia faktycznie miały miejsce, osoby także istniały - choć sama autorka przyznaje na samym początku, że nazwiska zostały zmyślone, by chronić prywatność tych ludzi. Nie zmienia to jednak faktu, że Tasso podzieliła się z nami kawałkiem swojego życia. I to tym najcięższym.

Myślę, że nagadałam się wystarczająco, pora na ocenę...

Cztery gwiazdki. Za autentyczność. Szczerość. Dosadność. Za to, że czytało się bardzo szybko. Mimo to, brakuje mi czegoś - nie potrafię nawet powiedzieć, czego - za co mogłabym przyznać piątą gwiazdkę.

24.12.2013

Życzenia świąteczne

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Kochani Czytelnicy!

W naszych kuchniach trwają przygotowania ostatnich świątecznych wypieków i potraw. Domy poddawane są generalnym, przedświątecznym porządkom. Już dzisiejszego wieczoru każdy z nas wraz z rodziną zasiądzie do pięknie zastawionego stołu i spożyje uroczystą świąteczną kolację.

Właśnie z tego powodu chciałabym życzyć wszystkim Wam i każdemu z osobna, by dzisiejszy dzień i dwa kolejne upłynęły w spokojnej, pełnej szczęścia, radości i rodzinnego ciepła atmosferze. Obyście nigdy nie byli zmuszeni udawać szczęśliwych w te świąteczne dni, jednocześnie starając się ukryć przed światem, że tak naprawdę z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu. Abyście mogli otaczać się najbliższymi nie tylko w te wyznaczone odgórnie dni, ale i cały rok, mimo powszedniego chaosu i nawału obowiązków. Cieszcie się dobrym zdrowiem. Uszczęśliwiajcie siebie i najbliższe Wam osoby. Chwytajcie wiatr w żagle, pokonujcie wszelkie trudności, żyjcie pełnią życia. Nigdy nie rezygnujcie z marzeń, nie dajcie sobie wmówić, że nie zasługujecie na szczęście. Mimo nie tak rzadkich opadów deszczu i szarych dni na dworze, niech w Waszych sercach ciągle świeci słońce. 
Życzę również, by w nowym, nadchodzącym wielkimi krokami 2014 roku spełniły się wszystkie Wasze - te malutkie i te całkiem duże - marzenia.

WESOŁYCH ŚWIĄT I SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!

23.12.2013

TOP 5: książki najlepsze na Boże Narodzenie

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Już jutro Wigilia Bożego Narodzenia. Dla wielu z nas święta to nie tylko czas, który spędzamy w ciepłym, rodzinnym gronie, ale też krótki okres, w którym możemy bez wyrzutów sumienia czytać to, na co my sami mamy ochotę. Dlatego też pomyślałam: hej, a może by tak stworzyć kolejną kategorię postów na blogu?, a potem zdecydowałam się wcielić ten pomysł w życie. Od tej pory systematycznie, przy różnych okazjach, będę prezentowała Wam TOP 5 książek najlepszych do przeczytania na daną okazję. Zamierzam też Was zmusić do większej aktywności, ale... o tym pod koniec posta ;) A więc dzisiaj...

TOP 5: książki najlepsze na Boże Narodzenie


Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Nie ma chyba na tym świecie człowieka, który nie znałby Opowieści wigilijnej autorstwa Charlesa Dickensa. Kiedy pytam ludzi, jakie książki kojarzą im się z Bożym Narodzeniem, mają oni właściwie problem, by podać inny tytuł niż ten. Bo opowieść o samotnym skąpcu, który pod wpływem nawiedzenia przez duchy ukazujące mu sceny z jego życia i przerażenia wizją  samotnej śmierci, nagle zmienia się nie do poznania, nigdy nie przeminie...

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

A co Wy na to, by w świąteczny klimat wprowadziły nas najbardziej znane szwedzkie dzieci - Lasse, Bosse, Olle, Anna, Britta, Lisa i mała Kerstin? Boże Narodzenie w Bullerbyn to piękna opowieść o przygotowaniach do świąt, nieco innych od naszych, ale podobnych w tym, że dzieciaki przeżywają je z takim samym zaangażowaniem i radością jak każde dziecko...

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

W wigilijny wieczór przypadkiem w szkolnej sali komputerowej spotyka się grupa dzieciaków uciekająca przed groźną woźną. Obecny jest też nauczyciel muzyki, który...przyszedł poserfować po internecie. Dlaczego w tak świąteczny dzień ktokolwiek przyszedł do szkoły?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Przygotowania do świąt, jak wszyscy dobrze wiemy, są wyczerpujące i wymagają wielkiego nakładu czasu i pracy. A jak tu sobie poradzić, kiedy mama ma złamaną rękę?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

A na koniec coś dla wielbicieli kryminałów. Z okazji zbliżających się świąt, senior rodu zaprasza do swej rezydencji rodzinę. Nie jest to typowa rodzinna uroczystość, gdyż bohater nie utrzymywał kontaktów ze swoimi dziećmi. Atmosfera, już i tak niewesoła, nie ulega poprawie, gdy w rezydencji pojawia się uchodzący za czarną owcę rodziny syn i wnuczka, której rodzina nie widziała nigdy wcześniej. W ponurych nastrojach i pragnieniu odziedziczenia jak największego spadku, zebrani dowiadują się o zabójstwie złośliwego milionera. Rozwiązać zagadkę próbuje Herkules Poirot...

Moi kochani, właśnie tak przedstawia się moje zestawienie TOP 5 najlepszych książek na Boże Narodzenie. Teraz czas na Was, wspomnianą na początku posta aktywność - w komentarzach piszcie, jakie książki Wam kojarzą się z tym okresem, po jakie Wy sięgacie. Za jakiś czas zliczę, jakie książki pojawiają się najczęściej w Waszych komentarzach i na tej podstawie stworzę kolejny ranking - TOP 5 najlepszych książek na Boże Narodzenie według czytelników.

A tak z ciekawości...domyślacie się, przy jakiej okazji ukaże się kolejne TOP 5? ;)

09.12.2013

Ogólnopolska Zbiórka Darów Kulturalnych

Zdjęcie znalezione na stronie Sztukater.pl

Cześć!

Tak, wiem, że miałam na jakiś czas zniknąć. Zrobiło się jednak luźniej, czasu mam więcej - a pojawiła się kolejna warta uwagi inicjatywa społeczna, tym razem pod przewodnictwem portalu Sztukater.

Tak w skrócie - o co tu chodzi?

Ogólnopolska Zbiórka Darów Kulturalnych ma na celu obdarowanie wielu placówek, których do tej pory nie było stać na stworzenie obszernych miejsc kulturalnych - tak zwanych księgozbiorów podręcznych. 

Chcę wziąć udział w akcji - co mogę podarować od siebie?

1. Książki.

Nie ma znaczenia ilość. Nie ma znaczenia gatunek, tematyka. Te książki nawet nie muszą być nowe!

2. Pieniądze.

Wpłacając dowolną kwotę, przyczyniasz się do ufundowania wnętrza, w którym będzie znajdował się księgozbiór!

3. Artykuły biurowe.

Jakiekolwiek. Kredki, mazaki - wszystkie!

4. Wszelkie materiały, które wspomogą przeprowadzenie akcji.

Jeśli podoba Ci się akcja, chcesz się przyłączyć - przeczytaj o niej więcej tutaj. Pamiętaj, że nawet nie przekazując żadnych darów, możesz pomóc - wystarczy, że udostępnisz informację o wydarzeniu na swoim blogu, facebooku, gdziekolwiek.
Ważne jest, by o akcji wiedziało jak najwięcej osób. Samo udostępnienie - pomaga. Bo udostępniając, być może sprawiasz, że przyłączy się kolejna osoba, ta osoba zaprosi do udziału kolejną, a ta następną... i tak dalej, i tak dalej ;)

Moi kochani blogerzy i czytelnicy - czy pokażecie, że macie siłę przebicia? Przyłączycie się do akcji, zaczniecie werbować ludzi? Pomagajmy - nas wcale nie kosztuje to wiele, a dla kogoś znaczy to dużo!

01.12.2013

Głosowanie na książkę miesiąca - listopad 2013 i garść ogłoszeń

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dzień dobry w pierwszą niedzielę grudnia!

Już od dziś możecie głosować na książkę miesiąca - listopada 2013. O zasadach już wspominać nie będę, tytuły, które biorą udział, macie w ankiecie. Wiem, że wybór w tym miesiącu jest marny, w głosowaniu biorą udział zaledwie dwie pozycje, ale... No właśnie. Ale. I to jest ta garść informacji z tytułu posta, które chcę Wam przekazać.

Otóż, po opublikowaniu postu, w którym proponuję ogólnopolską akcję na rzecz dzieci (zobacz), lawina ruszyła. Okazało się, że jest wielu chętnych do tego, by wziąć udział w takim wydarzeniu. Ja zajmuję się organizacją całości w całym Trójmieście - piszę maile do placówek, nagłaśniam sprawę (choć to staram się robić akurat w różnych miastach), nakłaniam ludzi do wzięcia udziału etc. Spraw organizacyjnych, które trzeba załatwić, jest masa. Oprócz tego, mam jeszcze studia. Dlatego w chwili obecnej - czasu na czytanie nie mam. Zdecydowałam, że dopóki nie zakończy się przynajmniej etap czekania na maile od placówek z informacją, czy się zgodzą, czy nie - zawieszam działalność bloga. Bo nie mam po prostu czasu na pisanie, na czytanie. Oczywiście - ankietę przeprowadzam, ankietę zdejmę w stosownym czasie, uzupełnię odpowiednią podstronę, poinformuję Was też, jaka książka wygrała. Ale to tyle - większej aktywności, proszę, nie spodziewajcie się na razie po mnie. Za bardzo mi zależy na pomocy dzieciakom - już nie tylko z domów dziecka. W grę wchodzą też inne placówki.

Mam do Was prośbę - trzymajcie kciuki, dobra?

Do przeczytania, kotki!

24.11.2013

Propozycja akcji na rzecz dzieci - "bloger czyta... dzieciom z domów dziecka"?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Czołem w niedzielę!

Siedząc i myśląc nad tematem posta z cyklu Kolumna dyskusyjna, wpadłam na pewien pomysł. Jak wszyscy wiemy, do świąt Bożego Narodzenia jest bliżej niż dalej. Święta są czasem rodzinnym. W tym okresie myśli wielu z nas skręcają jednak w kierunku tych, dla których ten szczególny czas w roku nie jest szczęśliwy. Ja pomyślałam o sierotach. I wymyśliłam coś, co mogłoby wywołać uśmiech na twarzach tych maluchów. Co Wy na to, by zorganizować ogólnopolską akcję pod hasłem Bloger czyta...dzieciom z domów dziecka? Jak miałoby to wyglądać? Już piszę. Wybaczcie, że dosyć chaotycznie, jednak pomysł jest świeży, wydaje mi się dobry i chciałabym jak najszybciej poznać Wasze zdanie. Otóż...

W każdym większym mieście Polski zebrałaby się grupa chętnych blogerów - niekoniecznie książkowych. Grupa ta miałaby za zadanie odwiedzić najbliższy dom dziecka w swojej okolicy i po prostu spędzić z dzieciakami trochę czasu. Czytając im. Fajnie byłoby, gdyby ta akcja objęła kilka miast. Jeszcze lepiej, gdybyśmy później zrobili relację z tego, jak to przebiegało w poszczególnych miastach - ja osobiście myślałam o krótkich filmikach, urywkach, uchwyceniu zadowolonych min dzieci, na koniec może wypowiedzi samych blogerów o tym, jak to na nich wpłynęło, bo nie sądzę, by jakieś dziecko było skore do powiedzenia przed kamerą, jak się poczuło, kiedy przyszła taka grupa obcych ludzi i znienacka zaproponowała, że poczyta mu bajki. Choć nigdy nic nie wiadomo. Od biedy można by zrobić zwykłe relacje na piśmie - jednak wydaje mi się, że relacja video byłaby lepsza. 
Oczywiście, do akcji może się włączyć każdy. Nie ograniczajmy się tylko do blogerów - zabierajmy chętnych znajomych, przyjaciół, partnerów, rodzinę. Im nas więcej, tym lepiej.

Zdaję sobie sprawę z tego, że obudziłam się dosyć późno i czasu jest mało. Ale sądzę, że jak się chce - można wszystko.
Ważne dla mnie jest, by poznać Wasze zdanie. Co o tym sądzicie, wzięlibyście udział? Proszę Was też o pomoc - udostępniajcie dalej ten pomysł, niech jak najwięcej osób go pozna i się przyłączy. Blogerzy - liczę na Was!

16.11.2013

Stephen King "Carrie"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Stephen King
Tytuł: Carrie
Tytuł oryginału: Carrie
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Danuta Górska
Cena: 32 zł
Liczba stron: 205

Kiedy przebiera się miarka...

Szesnastoletnia Carrietta White nigdy nie była zwyczajną dziewczyną. Nie miała koleżanek. Nie interesowali ją chłopcy. Nie chodziła na żadne bale. Miała za to matkę-fanatyczkę religijną, której wiara przyjęła najbardziej skrajny i przerażający wyraz, jaki tylko mogła, i zdolności, okrutne zdolności, które nie wróżyły niczego dobrego dla osób z jej otoczenia. Pewnie pośrednio dzięki zachowaniu rodzicielki, bohaterka była idealnym obiektem drwin dla szkolnych znajomych. Kiedy pewnego dnia ta buntuje się i idzie na doroczną szkolną zabawę, gdzie pada ofiarą kolejnego, bardzo wyrafinowanego żartu, miarka się przebiera. W tym momencie rozpętuje się prawdziwe piekło...

Jak źle może się skończyć długotrwałe znoszenie krzywd psychicznych?

Po Carrie sięgnęłam ze względu na to, że chciałam obejrzeć ekranizację, która niedawno weszła do kin - nigdy nie oglądam filmu, jeżeli przedtem nie przeczytałam książki. I choć już od dawna męczy mnie myśl, że Kinga to ja czytam zdecydowanie za dużo, muszę odpocząć, czuję przesyt - okazja nadarzyła się bardzo szybko i wykorzystałam ją.

Musicie wiedzieć, że nie miałam co do tej książki właściwie żadnych wymagań - poza tym, że jeżeli jest to horror, to powinnam się bać. Nie licząc tego - wiedziałam tylko tyle, że całość w jakimś stopniu dotyczy fanatyzmu religijnego, a więc czegoś, co mnie intryguje. Co otrzymałam?

Coś dziwnego. Coś, co jednocześnie uważam za spieprzoną robotę, a jednak dobrą. Z jednej strony: gniot, z drugiej: prawdziwy horror. Dlaczego czuję takie sprzeczności?

Bo nie da się ukryć - większość historii zwyczajnie mnie nudziła. Nie było nic konkretnego, właściwie żadnych interesujących treści - poza tymi, które dotyczyły matki głównej bohaterki. No, dobra - początek też mi się podobał, ale jednak... Cały czas czekałam, aż coś zacznie się dziać, na początek katastrofy albo chociaż jej zapowiedź. A tymczasem King, jak to ma w zwyczaju, pozwolił akcji płynąć tak, jak chce, czyli bardzo powoli. 

Co mi się bardzo nie podobało, to to, że w pewnych miejscach dało się zauważyć zwyczajne spoilery. A przynajmniej ja za spoiler uważam zdania typu zostały mu niecałe 2 godziny życia (cytat niedokładny, chciałam jedynie naświetlić, o co mi chodzi). Nie lubię takich wtrąceń, uważam to za psucie zabawy - wolę sama w trakcie czytania odkrywać, co i komu się stanie.

Mimo wszystko jednak, Carrie nie jest złą książką. Nie zważając już na to, że godne uwagi wydarzenia zaczęły następować dopiero na około sto pięćdziesiątej stronie - a całość ma dwieście pięć - prawda jest taka, że jak już faktycznie się rozkręciło, to na maksa. Jeszcze chyba nigdy nie miałam w rękach takiego horroru. King uchyla nam rąbka tajemnicy, kto zginie - a jednak, kiedy akcja osiągnie szczyt, jesteśmy przerażeni. Stephen to mistrz budowania napięcia, opisywania chwil grozy. A jednak dopiero tym tytułem udało mu się mnie tak naprawdę wystraszyć. To było coś rewelacyjnego. Chłonęłam to i nie mogłam przestać, nie chciałam przerwać, dopóki nie dowiem się wszystkiego. I tak też zrobiłam. 

Trochę żałuję, że całość jest tak krótka - a zwłaszcza, że rozpęd nastąpił tak późno - ale, z drugiej strony, co za dużo, to niezdrowo - sztuczne przedłużanie też wpływa na jakość książki, o czym wiemy chyba wszyscy doskonale.

Ile gwiazdek dzisiaj dam, jak myślicie...?
Cztery. Mimo chęci, nie jestem w stanie odpuścić tak długiego okresu trzymania w niepewności. I to nudnej niepewności.

04.11.2013

Agatha Christie "Noc w bibliotece"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Agatha Christie
Tytuł: Noc w bibliotece
Tytuł oryginału: The Body in the Library
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Tłumaczenie: Edyta Sicińska-Gałuszkowa
Cena: 14,99 zł
Liczba stron: 203

Tajemnicza śmierć młodziutkiej dziewczyny...

Wraz z nadejściem poranka w domu państwa Bantrych wybucha ogromne zamieszanie. Jego powodem okazuje się makabryczne odkrycie: trup leżący w bibliotece. Początkowy szok i niedowierzanie tak małżeństwa, jak i służby stopniowo ustępują miejsca chęci rozwikłania niemiłej zagadki. Kim jest uduszona dziewczyna? Jak jej ciało znalazło się w domostwie ludzi, którzy nigdy wcześniej o niej nie słyszeli? Kto odebrał jej życie? A przede wszystkim: czym zamordowana zasłużyła sobie na taki los? Sprawa wydaje się być tak samo nierealna jak i niemożliwa do rozwiązania. Na pomoc w odnalezieniu i skazaniu winnego decyduje się wyruszyć przyjaciółka pani Bantry, błyskotliwa panna Marple...

Czy to możliwe, by w prawdziwym życiu spotkała nas sytuacja jak z powieści kryminalnej?

Kryminały Agathy Christie podbiły moje serce już kilka lat temu. Dlatego tak bardzo ucieszyłam się, kiedy po długim okresie  nadarzyła się sposobność, by przeczytać kolejną książkę jej autorstwa. Czy lektura Nocy w bibliotece była dla mnie przyjemna?

Pierwsze, co uderzyło mnie po pokonaniu kilkudziesięciu pierwszych stron historii, to uczucie, że czyta się niesamowicie szybko i łatwo - a to za sprawą doskonale nakreślonej mrocznej tajemnicy, której rozwiązanie czytelnik chce poznać jak najszybciej. Jak zwykle próbowałam sama dojść do tego, kto okaże się mordercą, jakie będzie zakończenie - i nie powiem, żeby mi się to udało.

Co jednak trochę mnie raziło - pomimo tego, że całość czytało się szybko, akcja, mam wrażenie, że rozwijała się strasznie wolno. Pomimo przewracania kolejnych stronic, śledztwo nie posuwało się naprzód. 

Zaskoczyło mnie też to, że dość mało w tej powieści było postaci panny Marple - a przecież to ona miała grać pierwsze skrzypce w znalezieniu odpowiedzi na to, co wydarzyło się tamtej nocy pod dachem zaprzyjaźnionego małżeństwa. Być może przez długą przerwę w czytaniu powieści Christie coś mi się pomyliło, ale wydaje mi się, że w innych tytułach - czy to z udziałem Poirota, czy Marple, czy innych - udział głównego bohatera, detektywa była bardziej widoczna.

Ogólnie jednak nie mogę powiedzieć, bym zmarnowała czas na tę pozycję - a wręcz przeciwnie. Faktem jest, że jest trochę słabsza niż jej poprzedniczki - ale nadal trafia w mój gust.

Co do ilości gwiazdek...
Uważam, że cztery wystarczą. Brak mi czegoś, za co mogłabym dać maksymalną notę. I nie widzę powodu, dla którego miałabym zaniżać ocenę. Miłośnikom królowej kryminałów, którym Noc w bibliotece nie wpadła jeszcze w ręce - zdecydowanie mogę polecić. Uważam jednak, że nie jest to odpowiednia pozycja dla tych, którzy dopiero chcą zacząć przygodę z Christie - są zdecydowanie lepsze powieści, bardziej wciągające. Ta mogłaby - w mojej opinii - trochę podniszczyć wizerunek autorki, którą przecież wielu uwielbia.

01.11.2013

Głosowanie na książkę miesiąca - październik 2013

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Witam w ten pierwszy, listopadowy piątek!

Już dzisiaj rusza kolejna odsłona zabawy Książka miesiąca. Zasady znacie doskonale, dlatego nie będę ich po raz kolejny przypominać - zawsze możecie poszperać w poprzednich postach, jeżeli potrzebujecie odświeżyć sobie reguły. Powiem tylko tyle, że w tym miesiącu głosować można na:

1. W kanałach Lwowa
2. Rozważną i romantyczną
3. Planetę dobrych myśli

Start głosowania - już teraz. Koniec - jak zwykle ósmego dnia miesiąca o 23.59.

31.10.2013

Beata Pawlikowska "Planeta dobrych myśli"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Beata Pawlikowska
Tytuł: Planeta dobrych myśli
Tytuł oryginału: Planeta dobrych myśli
Wydawnictwo: G+J Gruner+Jahr
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 39,90 zł
Liczba stron: 223

Z dedykacją dla zdołowanych...

Każdy z nas ma czasami dość. Jest zmęczony. Smutny. Niechętny do działania. To normalne - nie wszystko w życiu będzie układało się cudownie. Czy oznacza to jednak, że mamy zachowywać się jak bezwładne kukiełki niemające kontroli nad własnym życiem? Czy mamy się załamać, bo jest źle? Siedzieć z założonymi rękami i patrzeć, jak wszystko coraz bardziej się rozwala? Pogrążać w smutku? Oczywiście, że nie. Sposobów na oderwanie się od tego, co złe, na poprawę sytuacji, jest multum. Jednym z nich jest sięgnięcie po Planetę dobrych myśli Beaty Pawlikowskiej...

Oj, dorwanie się do tego tytułu nastręczyło mi sporo trudności - chociaż książka leżała na półce już od kilku tygodni, ciągle coś przeszkadzało mi w zaczęciu lektury - a to studia, a to zwykła niechęć, wreszcie - Czarnoksiężnik z Archipelagu, na którego zmarnowałam ponad tydzień czasu, a i tak w końcu rzuciłam w kąt. Dziś jednak czas okazał się dla mnie łaskawy, obowiązków do wypełnienia absolutnie na teraz nie miałam, więc pomyślałam - czemu w końcu tego nie przeczytać? 

Przyznam szczerze, że czytając, przeżyłam szok. Jeszcze nigdy nie miałam w ręku tak pięknie wydanej pozycji. Kolorowe strony, liczne rysunki, na przemian tekst drukowany i pisany odręcznym - ślicznym - charakterem pisma autorki - cudo! Taka oprawa graficzna nie pozwoliła mi się oderwać od lektury, dopóki jej nie skończę. A skończyłam szybko - całość zajęła mi 50 minut! Dlaczego tak szybko? Bo to nie jest zwykła książka. Tu nie ma akcji, nie ma fabuły, nie ma bohaterów. Jest tylko autorka i zbiór sentencji, które pomagają jej iść przez życie z uśmiechem w każdej sytuacji. 

Uważam, że spisanie tych wszystkich zdań, porad to fantastyczny pomysł - my, ludzie, jesteśmy tak skonstruowani, że bardzo dużo narzekamy, ciągle szukamy powodów do powiedzenia Ale mi źle w życiu, on/ona to ma lepiej...i tak dalej - i nie, nie zgadzam się z poglądem, że takie postępowanie jest domeną Polaków tylko i wyłącznie. Dlatego jestem zdania, że Pawlikowska bardzo dobrze zrobiła, dzieląc się z nami receptą na lepsze życie. Być może ktoś weźmie sobie jej słowa do serca. Nawet, jeżeli byłaby to jedna osoba - to zawsze jakiś sukces. Ale oprócz tego, że udostępniła nam swoje motywacje, które każą jej być optymistką, autorka zrobiła jeszcze jedną ważną rzecz - pokazała, że naprawdę da się nie żyć w ciągłym stresie i smutku.

Nie umiem dać Planecie dobrych myśli gwiazdek mniej niż...
Pięć. Jak tu ocenić niżej piękne, pomocne zdania, które ukazują się nam na równie ślicznie przygotowanych stronicach? Uważam, że to lektura obowiązkowa dla wszystkich - zwłaszcza tych, którzy są zdołowani. I tych, którym ciągle w życiu mało, ciągle są niezadowoleni.

13.10.2013

Jane Austen "Rozważna i romantyczna"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Jane Austen
Tytuł: Rozważna i romantyczna
Tytuł oryginału: Sense and Sensibility
Wydawnictwo: Bellona
Tłumaczenie: Ewa Horodyska
Cena: brak informacji
Liczba stron: 375

Rzecz o zawodach miłosnych...

O tym, jak boli złamane serce, przekonał się - lub dopiero będzie miał okazję to zrobić - każdy z nas. Najbezpieczniejszą - bo pozbawioną bólu, niedotyczącą nas bezpośrednio - formą próby poznania tego stanu jest sięgnięcie po książkę o takiej problematyce. Rozważna i romantyczna autorstwa Austen to, w tym przypadku, idealny wybór...

Mając na uwadze przyjemność, jaką sprawiła mi lektura Dumy i uprzedzenia tej samej autorki (ku przypomnieniu), z radością przyjęłam fakt, że na półce książek do przeczytania mam kolejną, też autorstwa Austen, i, w stosownym czasie, z zapałem wzięłam się za czytanie. Czy miałam okazję powtórzyć swoje zachwyty, przeżyć kolejne cudowne chwile przy klasyce romansu?

Otóż... nie. Niestety, wszelkie moje obawy, które miałam co do Dumy i uprzedzenia i które się nie sprawdziły, podświadomie przeszły na Rozważną i romantyczną i tu nie dało się ich rozwiać. 

Nie twierdzę, że całość jest zła - bo nie jest. Jednak, o czym zostałam poinformowana jeszcze zanim zaczęłam czytać, od poprzedniczki różni się stylem pisania. I widać to wyraźnie. Tutaj już nie ma - albo ja nie widzę - humoru i ironii. Tu jest znienawidzona przeze mnie tkliwość i przesada. W czym widać tę przesadę? W nadmiernym rozemocjonowaniu bohaterek głównie, nie cierpię ludzi, którzy przez byle co wpadają w zachwyt lub rozpacz niemal śmiertelną. A jeszcze gorsza jest umiejętność płynnego przechodzenia z jednego stanu w drugi.

Pokonując kolejne karty powieści, stopniowo - choć długo próbowałam to od siebie odeprzeć - zaczęłam zauważać, że się męczę, a chwilami nawet nie wiem, co czytam, gubię się w tym, kto jest kim. Zanadto irytowały mnie ochy i achy, których autorka nam w ogóle nie szczędziła, a wręcz przeciwnie - chyba uważała, że nam ciągle mało. 

Przerażała mnie też głupota niektórych przedstawionych kobiet - oczywiście, rozumiem, że nie każda bohaterka miała być uosobieniem piękna i inteligencji, że te 'gorsze' też miały tu swój udział, jednak uważam, że ich wady zostały aż zbyt mocno podkreślone.

Nadal plusem jest to, że ogólnie historię czyta się szybko - choć w moim przypadku bywało i tak, że jak już zamknęłam książkę, to otwierałam ją ponownie dopiero po paru dniach. Podoba mi się też ukazanie, jak wielką wagę kiedyś miał pieniądz. Ktoś mi powie, że teraz też tak jest, a ja powiem - nie, nie jest aż tak źle, jak było.

Bardzo mi przykro, że to wszystko piszę, bo naprawdę - spodziewałam się czegoś dużo lepszego. Jednak moje pragnienia nie zostały zaspokojone, a ja nie będę udawać, że znalazłam to, czego szukałam. Ponad wszystko cenię sobie - zwłaszcza, że piszę tego bloga - możliwość szczerego przedstawienia swoich odczuć i fakt, że nikt i nic mnie nie krępuje. 

Dlatego też przedmiot dzisiejszego wpisu zostawiam jedynie z...
Trzema gwiazdkami. Nie widzę w przedstawionym dziś tytule niczego, za co można by go szczególnie podziwiać, ale i w drugą stronę - nadmiernie krytykować też nie ma za co. 

02.10.2013

Robert Marshall "W kanałach Lwowa"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Robert Marshall
Tytuł: W kanałach Lwowa
Tytuł oryginału: In the sewers of Lvov
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumaczenie: Krzysztof Puławski
Cena: 32,90 zł
Liczba stron: 232

Wspomnienie największej tragedii w dziejach narodu żydowskiego...

Polityka, którą rozpętali Niemcy już w połowie 1941 roku, była, jest i zawsze będzie wielkim cieniem rozłożonym nad narodem żydowskim. Holocaust, masowa zagłada Żydów, zebrała żniwo w postaci prawie sześciu milionów ofiar. W kanałach Lwowa to zbiór wspomnień tych, którym udało się przetrwać tę tragiczną w skutkach burzę lub ich krewnych...

Jak można prześladować kogoś tylko ze względu na wyznanie? Czy możliwe jest, by jednak ktoś odważył się narazić życie swoje i własnej rodziny, by wspomóc tych, którzy, według oprawców, nie mają prawa żyć?

Mam wrażenie, że literatury wojennej wydaje się i czyta coraz mniej, zwłaszcza tej poświęconej Holocaustowi. Dlatego bardzo się cieszę, że jakiś rok temu, podczas buszowania po stronie Lubimy czytać, natrafiłam na książkę Marshalla. Tym bardziej, że już na okładce widnieje informacja, że na jej podstawie powstał film Agnieszki Holland pod tytułem W ciemności, który bardzo przypadł mi do gustu. W tym momencie oczywiste stało się dla mnie, że W kanałach Lwowa przeczytać zwyczajnie muszę - uwielbiam porównywać książkę do jej ekranizacji czy adaptacji. Przeszkadzało mi jedynie to, że w przypadku przedmiotu dzisiejszej notki to film był pierwszy, nie książka - ale cóż, obejrzenie go było moim szkolnym obowiązkiem.

O ile film wywarł na mnie ogromne wrażenie, o tyle książka wciągnęła mnie po prostu bez reszty. Podejrzewam, że to kwestia tego, że w filmie występowali aktorzy, a Marshall w swojej pracy wypowiadał się w imieniu osób prawdziwych, które naprawdę przeżyły Holocaust, które miały wśród bliskich takich ludzi i z którymi mógł naprawdę porozmawiać, spisać ich opowieści - dla mnie oznacza to jeszcze większą wiarygodność. 

Opowieść ujęła mnie przede wszystkim tą prawdziwością, dobitnością. Autor niczego nie ubarwiał na siłę, nie zmniejszał ani nie zwiększał znaczenia poszczególnych wydarzeń - wszystko przedstawił nam w taki sam sposób, w jaki cała historia została wyłożona jemu samemu. A musicie wiedzieć - choć, jeśli oglądaliście film, to pewnie się tego spodziewacie - że całość wzrusza, porusza do głębi. 

Czytając wspomnienia ocalałych, razem z nimi przeżywamy ten koszmar, podczas którego przez 14 miesięcy siedzieli ukryci w niewiarygodnie nieludzkich warunkach, jakie zapewniało im ich jedyne schronienie - kanały. Razem z nimi ubolewamy nad ich losem, zwłaszcza dwójki dzieci - siedmioletniej Krysi i czteroletniego Pawełka, które przecież niczego nikomu nie zrobiły, by tak cierpieć. Próbujemy zrozumieć dramat matki, która najpierw straciła trójkę swoich pociech, potem, już w kanałach, została wdową, a na koniec, by nie narażać na niebezpieczeństwo współtowarzyszy, musiała zabić swoje czwarte, ledwo narodzone dziecko. Obserwujemy, jak w miarę upływu czasu uwięzieni co i rusz tracą nadzieję i ją odzyskują, przy czym nieustannie pogarsza się ich stan zarówno psychiczny, jak i fizyczny. 

Ale te wszystkie niedogodności są niczym w porównaniu z tym, że ktoś wyciągnął do nich pomocną dłoń. Że w ich życiu pojawił się Socha wraz z kolegami i że razem zdecydowali się pomóc tym biedakom - choć na początku pomoc ta wynikała wyłącznie z chęci zysku, dopiero potem stała się bezinteresowna. Że dzięki nim ludzie, których przeznaczeniem była śmierć, po ponad roku mogli znowu wyjść z ukrycia, stać się częścią cywilizowanego świata, zobaczyć słońce, innych ludzi i na nowo rozpocząć życie. Nie było to dla nich łatwe - ale gdyby nie Socha, nie byłoby to nawet możliwe. A gdyby było to niemożliwe, świat nie miałby okazji poznać tak dokładnej relacji z samego środka piekła.

Całość nie jest łatwa i przyjemna w odbiorze - nie jest to możliwe ze względu na poruszoną tematykę. Jednak pewne pozytywne aspekty - mam tu na myśli ogromną chęć przeżycia i heroiczne bohaterstwo człowieka, który przecież mógł zabrać pieniądze, które dostał, a następnie wydać Żydów, a jednak tego nie zrobił, pozostał po ich stronie, pomagał im, zaprzyjaźnił się z nimi, a dzieci wręcz pokochał - da się zauważyć. I to jest bardzo pokrzepiające - udowadnia nam, że nawet, jeżeli światem przez jakiś czas rządzi zło i okrucieństwo, znajdzie się ktoś, kto nie będzie na ludzką krzywdę bezczynnie patrzył.

Tej pozycji nie można ocenić na mniej niż...
Pięć gwiazdek. Prawdziwe historie, nawet tak bolesne, opowiedziane z taką dokładnością, zasługują na miano rewelacji. Zasługują na powszechne uznanie. Osobiście uważam, że ta pozycja powinna znaleźć się w kanonie lektur obowiązkowych. To wspaniałe opracowanie historii okresu Holocaustu. Dokładne, nieprzekłamane. Idealne. Każdy powinien znać tę opowieść.

01.10.2013

Głosowanie na książkę miesiąca - wrzesień 2013

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dzień dobry we wtorek!

Już od dzisiaj rusza kolejne głosowanie na książkę miesiąca, tym razem września. Zasad po raz kolejny przypominać nie będę, znacie je doskonale, więc nie widzę sensu (jeżeli jednak ktoś nie wie, o co chodzi, niech poczyta post ten lub ten). Powiem tylko, że w tym miesiącu w głosowaniu biorą udział tytuły:

1. Jane Austen Duma i uprzedzenie
2. Glenn Cooper Biblioteka umarłych
3. James Herriot Jeśli tylko potrafiłyby mówić
4. Stephen King Pokochała Toma Gordona
5. Lilian J. Braun Kot, który bawił się w listonosza

Przypomnę też, że głosowanie trwa tydzień, a więc od dziś, 1 października 2013, do 8 października 2013, do godziny 23.59!

Do głosowania... Gotowi... Start!

26.09.2013

Lilian J. Braun "Kot, który bawił się w listonosza"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Lilian J. Braun
Tytuł: Kot, który bawił się w listonosza
Tytuł oryginału: The Cat Who Played Post Office
Wydawnictwo: Elipsa
Tłumaczenie: Stanisław Kroszczyński
Cena: 12 zł
Liczba stron: 189

Zagadka tajemniczego zniknięcia młodej dziewczyny...

Kiedy Jim Qwilleran niespodziewanie zostaje jedynym spadkobiercą wielkiego domu i znacznej sumy pieniędzy przyjaciółki swojej zmarłej matki, zgodnie z warunkami jej testamentu sprowadza się do małego, ale uroczego miasteczka. Tam, niemal od samego początku, zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Główny bohater pada ofiarą nieszczęśliwego wypadku - no właśnie: czy to naprawdę był wypadek? Samozwańczy detektyw, wraz ze swoim nader inteligentnym kotem, wyciąga też na światło dzienne sprawę zaginięcia młodej dziewczyny sprzed lat...

Do Kota, który bawił się w listonosza podeszłam bardzo sceptycznie, a to za sprawą zawodu, który sprawił mi poprzedni tom serii - Kot, który lubił Brahmsa (o tym z kolei możecie przeczytać tutaj). Zawsze wychodzę z założenia, że jeżeli tom kolekcji, który czytam, okazuje się być słabym, po kolejnych nie można spodziewać się cudów, znacznej zmiany na lepsze pod względem, który kulał. Nie macie nawet pojęcia, jak ja się cieszę, że w przypadku Kota, który bawił się w listonosza to twierdzenie nie ma racji bytu!

Wprawdzie nadal uważam, że porównanie tych książeczek do perły literatury z gatunku kryminałów, która wyszła spod pióra Christie, jest nietrafione i - przynajmniej u mnie - wywołuje lekką konsternację. Nie mogę jednak pominąć milczeniem tego, że historia przedstawiona w przedmiocie dzisiejszego wpisu, jest dużo lepiej zarysowana i wciągająca, niż poprzednia. 

Styl pisania nadal jest lekki i przyjemny, co zawsze traktuje się jako plus, tutaj jednak mający jeszcze jedną, dodatkową wartość: w połączeniu z wciągającą, wartką akcją, powoduje, że człowiek ma problem z oderwaniem się od lektury. To może być problematyczne dla ludzi, którzy nie dysponują dużą ilością wolnego czasu. Mnie jednak póki co kończą się wakacje, więc bez żalu i uczucia, że coś zaniedbuję mogłam przenieść się do świata wykreowanego przez Braun.

Jak w przypadku każdego kryminału, i teraz próbowałam wytypować winnego, czarny charakter. Choć właściwie w pewnym momencie byłam pewna, że każdy bohater miał swój - mniejszy lub większy - udział w zbrodni. Dlatego też ostateczne wyjaśnienie całej sprawy wprawiło mnie w niemałe zdumienie. 

Czuję, że będę próbowała zdobyć jeszcze co najmniej jeden tytuł tej serii. W końcu, jak możecie przeczytać w zakładce Autorka, nowy dla mnie autor ma 3 szanse, a póki co z Braun spotkałam się 2 razy. Jestem ciekawa poziomu reszty jej dzieł (hej, cały zbiór kryminałów Kot, który..., liczy aż 30 książek, będzie w czym wybierać!). Ale tak naprawdę powód mam jeszcze jeden, choć mało znaczący: jestem znana z ogromnej słabości do kotów.

Ocena końcowa to...
Cztery gwiazdki. Jest naprawdę dobrze, mimo że to nie jest Christie.

22.09.2013

Stephen King "Pokochała Toma Gordona"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Stephen King
Tytuł: Pokochała Toma Gordona
Tytuł oryginału: The girl who loved Tom Gordon
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski
Cena: 24 zł
Liczba stron: 187

Strzeż się schodzenia ze ścieżki...

Lasy, choć piękne, przez naszą nieuwagę mogą stać się śmiertelnie wręcz niebezpieczne. Doskonale przekonała się o tym mała, dziewięcioletnia dziewczynka o imieniu Trisha. Schodząc z wyznaczonej ścieżki, oddalając się od matki i brata, poznała ona przerażającą prawdę, o której istnieniu nie powinno wiedzieć żadne dziecko: świat to potwór zębaty, gotów gryźć, gdy tylko zechce...

Czy to możliwe, by dziewięciolatka dała radę samotnie stawić czoła niebezpieczeństwom czyhającym w dzikim lesie? Stephen King w swojej powieści udowadnia nam, że wcale nie jest to łatwe, ale jak najbardziej wykonalne.

Na początku przyznam szczere - to jest moje drugie podejście do tej książki. Wcześniej, około roku temu, już próbowałam ją przeczytać, jednak z jakiegoś powodu - nie pamiętam już, jakiego - przerwałam lekturę w połowie. Teraz postanowiłam się zmobilizować i poznać całość. Powiem jedno: ach, jak mi brakowało prawdziwego horroru spod pióra tego autora!

Po małych i większych zawodach, których powodami były dwie z trzech opisywanych przeze mnie powieści Kinga (jeżeli nie pamiętacie lub nie wiecie, o czym mówię, zapraszam tutaj i tutaj), wreszcie w moje szpony trafiło coś, co król horrorów napisał dobrze. Pokazał w tym momencie, że naprawdę zasługuje na tytuł, którym jest nazywany.

Bo co może być bardziej przerażającego od opowieści o dziecku, które samotnie tuła się po miejscu, które może się okazać śmiertelnie niebezpieczne? Kiedy obok nie ma rodziców, tylko systematycznie kończące się zapasy jedzenia i picia, walkman oraz kąsające owady? Kiedy to maleństwo musi radzić sobie ze wszystkim samo przez wiele dni? Dla mnie nic. Nic, dlatego że dzieciaki są słabe, potrzebują opieki, nie powinny być, tak jak Trisha, zmuszone do udawania dorosłych i odpowiedzialnych, by przeżyć.

Historia o dzielnej uczennicy szkoły podstawowej poruszyła mną do głębi. Owszem, zdarzało się jej płakać: w końcu miała tylko dziewięć lat, miała prawo się bać. Ba, powiem więcej: jestem starsza od niej o całe 10 lat, a bałam się razem z nią. Bałam się o nią, choć może to brzmieć dziwnie, biorąc pod uwagę fakt, że mowa o bohaterce literackiej. Jednak ta mimo wszystko poradziła sobie doskonale z sytuacją. A sytuacja wcale nie była godna pozazdroszczenia: daleko od domu, w niebezpiecznym lesie, wkrótce bez jedzenia i picia, za to z coraz bardziej podupadającym zdrowiem.

King zadbał, byśmy ani przez chwilę się nie nudzili. Kiedy już, już myślimy, że będzie dobrze, nagle małej przydarza się kolejna niemiła niespodzianka. Ja osobiście w pewnym momencie przestałam mieć nadzieję, że wszystko skończy się szczęśliwie. Bo jakim cudem dziewięciolatka miałaby wyjść żywa z takich tarapatów?

Jedyny minus, jaki widzę w Pokochała Toma Gordona to to, że całość jest taka krótka. A mogłaby być dłuższa, tym samym, na przykład, zawierać więcej opisów niepokoju rodziny o córkę i siostrę - tego mi było bardzo mało, mimo faktu, że wiem, że nie ten aspekt w książce miał być najważniejszy.

Sama nie wierzę, że to robię, ale...
Daję pięć gwiazdek. Zbyt krótka historia nie jest w tym przypadku wystarczającym powodem do odebrania całej jednej gwiazdki. Poprzednie tytuły, do recenzji których podałam linki wyżej, mocno nadwerężyły mój stosunek do Stephena. Potrzebowałam czegoś, co go uratuje. I znalazłam!

17.09.2013

James Herriot "Jeśli tylko potrafiłyby mówić"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: James Herriot
Tytuł: Jeśli tylko potrafiłyby mówić
Tytuł oryginału: If only they could talk
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tłumaczenie: Irena Doleżal-Nowicka i Zbigniew A. Królicki
Cena: 29,90 zł
Liczba stron: 265

O pracy wiejskiego weterynarza słów kilka...

Po skończeniu studiów, świeżo upieczonemu weterynarzowi Jamesowi Herrietowi nie pozostaje nic, jak tylko znalezienie pracy. Zważywszy na jego profesję nie jest to łatwe, jednak wkrótce los się do niego uśmiecha i młody mężczyzna dostaje pracę w małej wiosce o nazwie Darrowby. Bohater jest pełen obaw o to, jak potoczą się jego losy...

Czy możliwe jest szczere kochanie swojej pracy mimo związanego z nią braku komfortu? A tym bardziej: czy w takiej sytuacji da się opowiadać o swoim zajęciu z humorem? 

James Herriot, autor podmiotu dzisiejszego wpisu, a w życiu prawdziwym weterynarz, przekonuje nas, że odpowiedź na obydwa postawione przeze mnie wyżej pytania może być twierdząca. 

Jeśli tylko potrafiłyby mówić, ta licząca 265 stronic książeczka, to rodzaj pamiętnika Herriota. Pamiętnika, w którym zapisuje on najróżniejsze przygody ze swojego zawodowego życia. Co ważne, robi to z niezwykłą łatwością, operując stylem pisania, który nie pozwala czytelnikowi oderwać się od lektury. Wydarzenia, które poznajemy, są opisane z dużą dawką humoru. 

Osobiście bałam się bardzo, że to jest jakaś bajeczka dla dzieci, że mi się nie spodoba etc - i faktycznie, może całość jest trochę dziecinna, a jeżeli nie dziecinna, to zwyczajnie prosta, mająca za zadanie tylko i wyłącznie przyjemnie wypełnić czas człowiekowi, jednak, co zauważyłam ze zdziwieniem, przypadła mi do gustu. Chyba potrzebna mi była taka łatwa w odbiorze historyjka po porażce, jaką była Biblioteka umarłych.

Niekwestionowanym plusem dla mnie jest to, o czym pisałam już wyżej - autor faktycznie zajmował się tym, o czym pisał, nie było w tym nic zmyślonego. A, jak chyba już zdążyliście zauważyć, ja bardzo cenię powieści pisane na faktach. I choć nie do końca pasowała mi tematyka tytułu, nie mogę powiedzieć, że zmarnowałam czas, czytając.

Podsumowując...
Herriot zasługuje na trzy gwiazdki, nie jest ani przesadnie źle, ani też wspaniale. Ot, po prostu, w sam raz. Pozycja idealnie nadaje się dla ludzi, którzy w książce szukają wytchnienia, nie oczekują od niej niczego poza uczuciem odprężenia w trakcie poznawania świata wykreowanego przez twórcę. Styl, w jakim wspomnienia autora zostały spisane, powoduje, że całość czyta się łatwo i doskonale pasuje ona na - obecnie coraz częstsze - zimne, a już niedługo jesienne wieczory. 

15.09.2013

Glenn Cooper "Biblioteka umarłych"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Glenn Cooper
Tytuł: Biblioteka umarłych
Tytuł oryginału: Library of the dead
Wydawnictwo: Albatros
Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski
Cena: brak informacji
Liczba stron: 463

Na tropie seryjnego mordercy...

Nowy Jork, rok 2009. To tutaj ma miejsce seria zabójstw przypadkowych osób. Ofiary przed śmiercią dostawały pocztówki z wyrysowaną trumną oraz datą swojego odejścia. Policja nie szczędzi sił, by ująć sprawcę makabrycznych czynów. Nie jest to jednak proste; morderca nie pozostawia po sobie żadnych śladów. Okazuje się, że śmierć tych ludzi ma swoje źródła w dalekiej historii...

Czy możliwe jest rozwiązanie zagadki morderstw doskonałych?

Biblioteka umarłych to debiutancki thriller amerykańskiego pisarza, Glenna Coopera. Znów powiem, że gdyby nie przypadek - tutaj: prezent - zapewne nigdy bym się nie dowiedziała o istnieniu takiej książki. A że ja opowieści o zabójcach lubię, choć do tej pory czytałam tylko te autorstwa Christie, pomyślałam cholera, czemu nie? Przeczytam, porównam z poziomem królowej kryminałów, horyzonty poszerzę... i tak zabrałam się w najbliższym wolnym czasie do czytania. Niestety, jestem kompletnie zawiedziona!

Swoją opinię zacznę, jak zwykle, od fabuły. Jest ona podzielona na 3 części: jedną, zaczynającą się w roku 777, przy zapoznawaniu się z którą nie mogłam pozbyć się skojarzenia z Kodem Leonarda da Vinci. Tutaj też mamy do czynienia ze sprawami religii, tajemnicą. I miałam nadzieję, że tylko to. Niestety, szybko okazało się, że dwie kolejne wspólne cechy też łatwo znaleźć: i rozdziały w przedmiocie dzisiejszego wpisu, i Kod... były nudne, a co za tym idzie - ciężkie do przebrnięcia. 

Dalej mamy rok 1947, okres nieco lepiej opisany, jednak nadal nieco nużący. I ostatnia część: rok 2009, porywająca akcja i emocje w gratisie. Przyznam, że dopiero pod koniec lektury zrozumiałam, co łączy wszystkie te okresy. Gdyby nie różnice w stylach, jakimi zostały opisane, czytałoby się naprawdę przyjemnie - mimo że ja nie lubię klimatów w stylu Kodu... 

A tak czytało się co najwyżej znośnie. I długo. Mało mi było wątków osadzonych we współczesności, stanowczo zbyt mało. Je poznawałam z prawdziwą przyjemnością, wręcz nie chciałam się od nich odrywać, to był kawał dobrego thrillera. Cała reszta - rozumiem, że jakoś trzeba było wytłumaczyć tę zagadkę, jednak można było to zrobić dużo lepiej, ciekawiej. Za to duży minus, bo nie lubię się zmuszać do przebrnięcia przez tekst.

Co do samego tekstu natomiast się tyczy... Ja w życiu nie widziałam tak źle, niedbale wydanej pozycji! Podczas lektury natykałam się regularnie na najróżniejsze błędy: brak niektórych liter w wyrazie, błędne zakończenia wyrazów, brak przecinków lub za duża ich ilość (tak, ja sama mam z interpunkcją problemy, jednak mowa tu o miejscach, w których te znaki interpunkcyjne i ich obecność czy też nieobecność była czymś oczywistym), kropki tam, gdzie powinny być znaki zapytania, znaki zapytania tam, gdzie powinny być kropki, niekiedy też błędnie stawiany wykrzyknik, brak ogonka w literach "ę" i "ą", czasem w ogóle inny wyraz niż ten, który powinien zostać napisany... Tragedia, prawdziwa kpina!

Ja naprawdę rozumiem, że pomylić się może każdy - chyba nie natrafiłam jeszcze na tytuł idealny, który nie zawierałby ani jednego błędu, jednak tutaj od błędów się roiło, występowały regularnie, tak na oko co 3-5 stron. Chwilami się zastanawiam, czy w Albatrosie w ogóle zatrudnieni zostali korektorzy. I dochodzę do smutnego wniosku, że chyba nie. Albo są bardzo nieuważni. Wydanie publikacji z taką ilością błędów to po prostu skandal. Dobrze chociaż, że ortografia była w porządku, bo chyba "ździwienia" zamiast "zdziwienia" bym już nie zdzierżyła, po prostu bym zatrzasnęła książkę i do niej już nie wróciła. Porażka. A niby literatura ma uczyć poprawnej pisowni i tak dalej...

Nie wydaje mi się, żebym miała coś więcej do dodania, tak więc pozostaje ocena...
Dwie gwiazdki, bardzo słabo. Sama fabuła mogłaby jeszcze ujść i dostać miano przeciętnej, ale braku jakiejkolwiek estetyki w wydaniu nie potrafię puścić płazem. Nie, kiedy cały czas mam nadzieję, że to tylko malutkie potknięcia, które się już nie powtórzą, a dalej jest to samo, o ile nie gorzej.

05.09.2013

Jane Austen "Duma i uprzedzenie"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Jane Austen
Tytuł: Duma i uprzedzenie
Tytuł oryginału: Pride and Prejudice
Wydawnictwo: Bellona
Tłumaczenie: Magdalena Gawlik-Małkowska
Cena: brak informacji
Liczba stron: 360

Miłość, ach, ta miłość...

O szczęśliwej miłości i w miarę dostatnim życiu marzy każdy z nas. W dawnych czasach jednak wizja żywota prowadzonego na przyzwoitym poziomie znacznie odbiegała od dzisiejszej. Przekonać się o tym możemy sięgając po Dumę i uprzedzenie autorstwa Jane Austen...

Po Dumę i uprzedzenie sięgnęłam z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że klasyfikuje się ten tytuł do romansu, a więc gatunku, z którym nie miałam zbyt wiele do czynienia - postanowiłam więc, że czas wcielić w życie operację poszerzam horyzonty. Drugą zachęcającą mnie kwestią był fakt, że dzieło to uważa się za klasykę swojego gatunku, perłę literatury - a klasyka jest zawsze czymś, co wypada znać. Jakie są moje wrażenia?

Przyznam szczerze, że jestem zdumiona. Do tej pory byłam przekonana, że historyjki miłosne to zdecydowanie nie moja broszka. Okazało się jednak, że opisywana dziś przeze mnie pozycja wyjątkowo przypadła mi do gustu.

Historia przedstawiona przez Austen jest wręcz przepełniona humorem i ironią. Ułatwia to - i umila - wgłębianie się w lekturę.

Książka ta obfita jest w doskonałe portrety ówczesnych kobiet. Ujawnia ich denerwujące i bezmyślne - w mojej opinii - działanie, jednak ze względu na wspomniany wcześniej humor i ironię czyta się o tym z niekłamaną przyjemnością.

Niezmiernie cieszy mnie fakt, że całość pozbawiona jest zbędnej ckliwości - a może to ja jestem nieczuła i jej nie zauważyłam? Nieważne - jakby nie było, ja jestem usatysfakcjonowana. Nie lubię romansów-wyciskaczy łez.

Nie potrafię powiedzieć, co, ale styl pisania autorki, prócz wcześniej wymienionych cech, ma w sobie coś, że całość czyta się bardzo szybko. Człowiek po prostu nie ma zbytniej ochoty choć na chwilę się oderwać, ciekaw, co stanie się z bohaterami.

Jednym słowem...
Pięć gwiazdek. Mimo prób, usilnego zastanawiania się, nie jestem w stanie dopatrzeć się ani jednej wady przedmiotu dzisiejszego wpisu. Nieczęsto mi się to zdarza, naprawdę.